header
animation
Start >> Gazeta >> ROK SZKOLNY 2007/2008 - WYDANIE 6 >> Wiktoria Cesarz: Moja pierwsza książka
Wiktoria Cesarz: Moja pierwsza książka
Gazeta
Moją pierwszą książką, która mnie naprawdę zainteresowała była "Babcia na jabłoni" napisana przez Mirę Lobe. Wcześniej nie lubiłam czytać, bo sprawiało mi to trudność, a przeczytanie książki, która ma sto sześćdziesiąt stron było według mnie niemożliwe i nudne. Mama zachęcała mnie do czytania. Mówiła, że gdy zacznę czytać książki, które mnie zainteresują to czytanie mnie wciągnie i zapomnę wtedy o całym świecie. Niestety trudno było w to uwierzyć.

Gdy otrzymałam książkę pt: "Babcia na jabłoni" to od razu spodobała mi się ona z wyglądu. Zaciekawił mnie również tytuł. Książka była poręczna i przypominała trochę kwadrat. Okładkę miała twardą, a zarazem przyjemną w dotyku, jakby aksamitną. Po przeglądnięciu stron stwierdziłam, że jest przejrzysta, ma dużo dialogów i dużo śmiesznych rysunków graficznych. Jej tytuł kojarzył mi się z babcią czarodziejką, a także letnią porą, ogrodem i sadem. To wszystko spowodowało, że książka ta spodobała mi się bardziej niż inne i zaczęłam ją czytać.

Już w trakcie czytania zorientowałam się, że jest to opowieść o chłopcu imieniem Andi, który nie ma ani jednej babci i z tego powodu jest bardzo smutny. Jego mama pokazała mu fotografię zmarłej babci, która wyglądała na wesołą. Miała wielki kapelusz z piórami i falowaną suknię. Andi tak bardzo chciał mieć babcię, że wyobraził ją sobie siedząc na swojej ulubionej jabłoni. Wymyślona babcia pozwalała mu na wszystko i bawiła się z nim w najprzeróżniejsze i najbardziej dziwne zabawy. Na przykład pewnego dnia popłynęli jej osobistym statkiem do Indii, gdzie mieli polować na tygrysy. Innym razem pojechali samochodem na łąki, gdzie babcia złapała dwa konie i miała nauczyć Andiego ujeżdżać je. Mama dopytywała czasem syna dlaczego nie ma go tak często w domu, a on odpowiadał, że bawi się ze swoją babcią i razem jeżdżą w różne miejsca. Mama była trochę zdziwiona, bo wiedziała, że babcia przecież nie żyje.

Pewnego razu, gdy Andi siedział na jabłoni i wyobrażał sobie kolejną podróż ze swoją wymyśloną babcią, usłyszał głos starszej pani. Staruszka chciała wprowadzić się do sąsiedniego domku państwa Kwaśniewskich, ale nie było tam numeru i furtka była zamknięta.
- Przepraszam synku, czy mógłbyś mi pomóc, bo chyba nawet ty nie chcesz, żebym dzisiaj nocowała na ulicy?
Andi powoli schodził z drzewa.
- Nie nazywam się "synek". Mam na imię Andi! - powiedział
- Ach Andi... Jak się masz Andi? Ja jestem pani Fink, wasza nowa sąsiadka - życzliwie odpowiedziała siwowłosa staruszka.
- Czy to prawda, że możesz postarać się o klucz do tej furtki?
- Spróbuję - mruknął chłopiec.
- Bardzo ci dziękuję. Jak się tu wprowadzę i urządzę musisz mnie odwiedzić. Jakie ciasto lubisz najbardziej?
- Placek ze śliwkami - powiedział Andi.
- Doskonale! Upiekę dla ciebie placek ze śliwkami i zjesz go tyle ile zechcesz.

Andi, chociaż nie lubił państwa Kwaśniewskich pobiegł do ich domu i poprosił o klucz. Potem pomagał pani Fink przy przeprowadzce i w końcu przy rozpakowywaniu wszystkich rzeczy. Chociaż rozbił talerz, starsza pani wcale się tym nie przejęła. - Nic nie szkodzi - powiedziała. - Skorupy przynoszą szczęście!

Potem Andi zwierzył się pani Fink z tego jacy niedobrzy są dla niego państwo Kwaśniewscy i że nie lubią ani dzieci, ani zwierząt, ani hałasu. Pani Fink zostawiła wtedy całe sprzątanie i słuchała go uważnie. Innym razem chłopiec pobiegł do starszej pani o pomoc przy skarpetkach. Staruszka zacerowała jedną skarpetę, ale druga była w gorszym stanie, więc poszła do sklepu i kupiła mu takie same nowe, żeby mama go nie okrzyczała. W zamian za to chłopiec pobiegł dla niej po zakupy. Ze starej skarpety pani Fink zrobiła skarbonkę, którą mieli razem napełniać szylingami. Wymyślali też na co będą oszczędzać pieniądze...

Kiedy indziej, gdy strasznie padało i chłopiec znowu odwiedził panią Fink niestety była bardzo zajęta. Okazało się, że siedzi od rana przy maszynie, szyje i jeszcze nic nie jadła. Andi postanowił ugotować dla niej obiad. Dopytywał ją o wszystko i w końcu ugotował ziemniaki w mundurkach. Zrobił też twaróg ze szczypiorkiem i rzodkiewką.

Andi odwiedzał często panią Fink i rozmawiał z nią na różne tematy. Nie zostawało mu już zbyt wiele czasu na podróże z wymyśloną babcią z jabłoni. Pani Fink bardzo go chwaliła, więc chłopiec chętnie jej pomagał. Uważał, że ona go bardzo potrzebuje, a babcia z jabłoni nie, bo ma wszystko. Postanowił również posadzić staruszce kwiatki na grządce, bo ona nie mogła się schylać. Pani Fink cieszyła się z tego bardzo i opowiadała mu różne historie. Wpadła też na pomysł, że Andi mógłby mieć dwie babcie: jedną prawdziwą - czyli ją na co dzień, a tą z jabłoni od święta. Chłopiec był szczęśliwy, bo przedtem nie miał żadnej babci, a teraz ma aż dwie.

Książka była naprawdę interesująca i przyjemna w czytaniu. Sprawiła, że na chwilę zapomniałam o tym, że jestem w swoim pokoju i czytam. Przez jakiś czas siedziałam razem z Andim i jego babcią na jabłoni, potem martwiłam się z powodu jego dziur w skarpetkach, a jeszcze później byłam wdzięczna pani Fink za pomoc i serdeczność. Słuchałam ich rozmów i ciekawych opowieści staruszki oraz pomagałam "zapalonemu" Andiemu w sadzeniu kwiatów i gotowaniu obiadu. Mimo, że był to chłopiec, a nie dziewczynka jak ja, to bardzo go polubiłam oraz obie jego babcie.

Autorka wprowadziła mnie w świat fantazji z wymyśloną przez Andiego babcię z jabłoni, a potem w świat bardzo ciekawych codziennych zajęć, które można przeżyć tylko z "prawdziwą" babcią, albo taką z sąsiedztwa. Uważam, że po przeczytaniu tej książki można naprawdę polubić czytanie. Jeśli chodzi o mnie, to od niej się wszystko zaczęło...

Wiktoria Cesarz, kl. IVb